Jak odpoczywam i dlaczego cisza jest dla mnie formą luksusu
Są ludzie, którzy po ciężkim dniu włączają serial, zamawiają sushi i z poczuciem dobrze wykonanej pracy rozpływają się na kanapie. I to jest jak najbardziej w porządku!
A potem jestem ja – ktoś, kto lubi intensywność, działanie, ruch, pracę, odpowiedzialność, ludzi i tempo, ale jednocześnie doskonale wie, że głowa i emocje potrzebują regularnego serwisu tak samo jak ciało.
Higiena psychiczna nie jest dla mnie modnym hasłem ani chwytliwym terminem na wykład. To praktyczna konieczność, bez której nie dałoby się długofalowo funkcjonować ani w gabinecie, ani w zarządzaniu, ani w dydaktyce.
Moje życie zawodowe opiera się na dużej intensywności i nastawieniu na efekty. Pracuję w poradni, zarządzam prywatną kliniką, a jednocześnie ponoszę odpowiedzialność w środowisku akademickim jako kierownik kliniki. Do tego dochodzą zajęcia ze studentami, wykłady dla kolegów po fachu oraz wystąpienia dla szerszej publiczności. Wszystkie te role sprawiają mi przyjemność. I to całkiem szczerą. Lubię kontakt z ludźmi, lubię dzielić się doświadczeniem, lubię tłumaczyć skomplikowane rzeczy w przystępny sposób i cieszę się, kiedy medycyna przestaje być jedynie zbiorem diagnoz, a staje się prawdziwą służbą człowiekowi.

Tylko że właśnie tu pojawia się drobny haczyk. Kiedy człowiek pracuje z ludźmi intensywnie i przez długi czas, odkrywa, że zmęczenie nie bywa wyłącznie fizyczne. Czasem jest raczej społeczne i emocjonalne. Nie chodzi o niechęć do ludzi, a raczej o przesyt liczbą interakcji, rozmów, decyzji i prób spełniania czyichś oczekiwań. Jednego dnia rozwiązujesz poważne sytuacje kliniczne, drugiego problemy organizacyjne, trzeciego tłumaczysz studentom fizjologię otyłości albo zagadnienia jakości opieki zdrowotnej, czwartego przemawiasz na konferencji, a piątego orientujesz się, że twój własny umysł też doceniłby, gdyby przez chwilę nikt niczego nie potrzebował, a przede wszystkim niczego nie mówił. I dokładnie w tym momencie zaczyna się dla mnie odpoczynek.
Moja higiena psychiczna nie opiera się na ucieczce od pracy. Opiera się na świadomym przełączeniu na inny rytm. Nie potrzebuję dramatycznych rytuałów wellness, mis tybetańskich ani siedmiu kroków do harmonii w pastelowych barwach. Potrzebuję przestrzeni, ciszy, ruchu i minimum słów. Najlepiej działa samotność w tym dobrym znaczeniu – stan, w którym człowiek nie jest osamotniony, ale przez chwilę jest po prostu sam ze sobą. I bardzo często też z moją suczką Ają, która jest pod tym względem idealną towarzyszką. Nie wymaga small talku, nie organizuje narad i nie żąda prezentacji w Powerpoincie. Uważam to za idealny i bardzo leczniczy model relacji.
Najlepiej wyłączam się na działce. To otoczenie, które ma niemal terapeutyczny charakter już przez samo to, czego w nim nie ma. Nie ma wi-fi, zasięg jest raczej teoretyczny niż praktyczny w jednym z rogów ogrodu, a telewizor nie działa. Dla kogoś katastrofa, dla mnie terapia. W czasach, gdy jest się nieustannie dostępnym, online i osiągalnym jednym kliknięciem, okazjonalny cyfrowy detoks i cisza działają wyjątkowo wyzwalająco. Nagle okazuje się, że większość spraw naprawdę może poczekać i że świat nie zawali się bez mojego natychmiastowego stanowiska.
Praca na działce to dla mnie szczególny rodzaj odpoczynku, który bardzo lubię. Nie jest bierna, ale jest intensywna i oczyszczająca. Człowiek robi coś rękami, widzi konkretny efekt, nie potrzebuje do tego skomplikowanych strategii i przeważnie nawet narady. Drzewo, ogród, drobne naprawy czy zwykła bieżąca konserwacja mają jedną wielką zaletę: są realne, namacalne i uczciwe. Po dniach spędzonych w otoczeniu, w którym rozwiązuje się złożone systemy, ludzkie sprawy, emocje i odpowiedzialność, niesamowicie odświeżające jest robić coś, gdzie głównym problemem jest na przykład to, że trzeba wziąć inne grabie.
Dużą częścią mojej higieny psychicznej są spacery z Ają po lesie, po polu albo po plaży. Lubię tę prostą zasadę: idziemy, milczymy, otaczający świat zwalnia, a głowa samoistnie się wyłącza. Pies jest pod tym względem świetnym przewodnikiem po chwili obecnej. Nie rozpamiętuje wczorajszych maili, nie analizuje atmosfery i nie zadręcza się tym, kto co miał na myśli między wierszami. Interesuje go zapach w trawie, dźwięk w lesie i kierunek drogi. I zaskakująco łatwo można się od niego w tej kwestii czegoś nauczyć.

Kocham Beskidy. Jest w nich kawałek surowości, uczciwego terenu i osobliwego spokoju, którego nie da się dobrze opisać, ale można go bardzo dobrze poczuć. Lubię chodzić na Łysą Górę, choć przyznaję, że ostatnio bywa tam czasem tylu turystów, że człowiek ma niemal wrażenie, jakby przez pomyłkę wszedł do plenerowej wersji galerii handlowej. To wciąż piękne miejsce, ale coraz bardziej cenię sobie chwile i trasy, gdzie ludzi jest mniej, a krajobraz może mówić sam za siebie.
Osobnym rozdziałem mojej higieny psychicznej jest zimowe morsowanie. Na pierwszy rzut oka może się to wydawać dziwnym pomysłem, ale w rzeczywistości jest to jedna z najczystszych form mentalnego restartu, jakie znam. Zimna woda natychmiast przywraca człowieka do teraźniejszości. W tym momencie naprawdę nie rozważasz struktury organizacyjnej kliniki, rozwoju strategicznego, obowiązków dydaktycznych, impact factorów ani liczby nieprzeczytanych wiadomości. Liczy się tylko oddech, ciało i chwila obecna. I to jest niezwykle odświeżające. Do tego lubię, że przy zimowym morsowaniu na razie nie bywa jeszcze wielu ludzi. To pewna zaleta. Nie dlatego, żebym był aspołeczny, ale dlatego, że po dniach wypełnionych komunikacją człowiek zaczyna postrzegać ciszę jako wyższą formę komfortu i luksusu. Komuś baterie ładuje książka, impreza, komuś innemu hotel ze spa. Mnie często najbardziej pomaga moment, gdy stoję na dworze nago w zimie, wokół panuje spokój, woda ma budzącą respekt temperaturę i nikt nie oczekuje, żebym się do czegokolwiek odnosił.

A na koniec, choć nie najmniej ważna, jest Hiszpania. To inny rodzaj odpoczynku, ale równie istotny. Najchętniej jeżdżę tam zimą, kiedy plaże są puste, atmosfera spokojniejsza, a cała przestrzeń oddycha inaczej niż w pełni sezonu. Lubię wieczory nad morzem, kieliszek dobrego wina i szum fal, który zmusza człowieka do zwolnienia o wiele skuteczniej niż większość poradników motywacyjnych. Morze ma niezwykłą zdolność porządkowania perspektywy. Obok niego człowiek na nowo uświadamia sobie, co jest ważne, co jest tylko bieżącym zgiełkiem, a co naprawdę nie zasługuje na zbędne wewnętrzne napięcie.
Może to wszystko brzmi nieco paradoksalnie: ktoś, kto przywykł do działania na pełnych obrotach, znajduje odpoczynek w ciszy, chłodzie, samotności, pracy rękami i długich spacerach. Ale właśnie to ma sens. Higiena psychiczna nie powinna być według mnie kopią cudzych instrukcji, lecz osobistym systemem regeneracji, który odpowiada indywidualnym potrzebom i temu, jak naprawdę żyjemy. Kto pracuje dużo głową i emocjami, nie zawsze potrzebuje kolejnych bodźców. Często potrzebuje czegoś dokładnie odwrotnego – ująć hałasu, ująć słów, ująć wymagań i wrócić do prostoty.
Z czasem przekonałem się, że odpoczynek nie musi oznaczać bezczynności. Może oznaczać zmianę rodzaju obciążenia. Kiedy po intensywnym tygodniu pracy zabieram psa do lasu, wyjeżdżam na działkę, zanurzam się w lodowatej wodzie albo po prostu siedzę wieczorem w Hiszpanii i słucham morza, nie robię niczego efektownego. Po prostu daję głowie i psychice warunki, by mogły znów zaczerpnąć tchu. I dzięki temu mogę potem wracać do swojej pracy z energią, ochotą i może też z odrobiną większego dystansu. Uważam za ważne mówić głośno, że nawet ludzie, którzy kochają swoją pracę, mogą być zmęczeni.
To nie słabość ani niewdzięczność. To normalna konsekwencja dużego zaangażowania. Tym ważniejsze jest mieć własne sprawdzone sposoby na powrót do równowagi. Dla mnie nie są to skomplikowane techniki, lecz bardzo zwyczajne rzeczy – pies, las, działka, góry, lodowata woda, morze, wino i cisza. Kiedy tak po sobie czytam, brzmi to właściwie niemal jak dobrze ułożony plan terapeutyczny. I szczerze mówiąc, działa znakomicie – przynajmniej u mnie.
Autor: Dr med, Dalibor Pastucha, Lekarz dziecięcy i specjalista medycyny sportowej, ReFit Clinic s.r.o
foto: archiwum Autora
dine4fit.pl
Redakcja
www.dine4fit.pl
2.7.2026
dine4fit.pl
Różne