Jak dbam o głowę, kiedy tego wszystkiego jest za dużo? Moja codzienna psychohigiena bez wielkich cudów
Kiedy pada słowo „psychohigiena”, pewnie wyobrażasz sobie medytację o wschodzie słońca, dziesięć minut ćwiczeń oddechowych albo dziennik wdzięczności.
Ja wyobrażam sobie siebie, jak jedną ręką trzymam telefon z mailem służbowym, drugą próbuję powstrzymać dziecko przed zjedzeniem czegoś, co trzy sekundy temu znalazło na podłodze, i zastanawiam się, czy w ogóle dopiłam poranną kawę.

I właściwie dlatego psychohigiena jest dla mnie od kilku lat tak ważnym tematem. Pracuję jako adwokatka, do tego prowadzę kilka własnych projektów, tworzę treści do social mediów, a od niedawna jestem też mamą. Lubię swoją pracę, sprawia mi frajdę robienie wielu rzeczy naraz i na pewno nie jestem osobą, która lubi się nudzić.
Jednocześnie zrozumiałam jedną dość ważną rzecz: nie chcę usuwać ze swojego życia wszystkiego, co jest wymagające. Chcę nauczyć się żyć tak, żeby było mi w nim dobrze, nawet kiedy czasem jest ciężko.
I właśnie tak dziś rozumiem psychohigienę. Nie jako punkt na liście zadań, tylko jako mnóstwo małych rzeczy, dzięki którym mój zwykły dzień staje się choć trochę przyjemniejszy. Zobaczmy, jakie to rzeczy – może chociaż jedna z nich cię zaskoczy:
1. Przestałam czekać, aż będę mieć spokój
To był chyba mój największy błąd. Na pewno to znasz:
- „Jak skończę ten projekt, to odpocznę.”
- „Jak ten tydzień się skończy, będzie spokój.”
- „Jak to się załatwi, będę mieć więcej przestrzeni.”
No… i oczywiście zawsze pojawia się coś kolejnego. Raz praca, raz dziecko, raz własny projekt, raz zwykła pralka, zakupy i dentysta.
Gdybym miała odpoczywać dopiero wtedy, kiedy wszystko będzie zrobione, prawdopodobnie odpocznę gdzieś koło osiemdziesiątki.
Dlatego dziś staram się nie dzielić życia na czas, kiedy haruję, i czas, kiedy kiedyś będzie dobrze. To „dobrze” staram się przemycać już w zwykłym dniu.
Dobra kawa w drodze do pracy. Dziesięć minut na dworze. Obiad z kimś, kogo lubię. Głośne śpiewanie w aucie w drodze na spotkanie. Chwila na słońcu. Spacer zamiast kolejnej pół godziny przy komputerze.
To małe rzeczy? Zdecydowanie. Ale życie w dużej mierze składa się właśnie z małych rzeczy.
2. Ruch traktuję jak wyłącznik dla głowy, nie jak kolejne wyzwanie do zaliczenia
Kto śledzi mnie od dawna, na przykład na moim Instagramie, dobrze wie, że ruch to ogromna część mojego życia.
Ale im jestem starsza, tym mniej traktuję go jako sposób na spalenie kalorii, przebiegnięcie dystansu, podniesienie ciężaru czy „zasłużenie” na kolację. Czasy, kiedy biegałam półmaratony na czas, dawno minęły.
Sport jest mi potrzebny głównie po to, żeby moja głowa na chwilę przestała ogarniać wszystko inne.
Czasem idę pobiegać. Czasem robię w domu lekcję FITFAB Strong. Czasem wpadam na siłownię. Innym razem po prostu idę na spacer. A czasem moja aktywność fizyczna to głównie bieganie za dzieckiem.
I wiesz co? To też się liczy.
WHO do aktywności fizycznej zalicza nie tylko sport, ale też chodzenie, jazdę rowerem, aktywne spędzanie wolnego czasu czy zwykły ruch w ciągu dnia. Regularny ruch wiąże się przy tym nie tylko z korzyściami fizycznymi, ale i psychicznymi.
Więc moja rada? Nie szukaj zawsze najlepszego treningu. Szukaj ruchu, po którym czujesz się lepiej. A jeśli dziś uda ci się tylko 20-minutowy spacer, nie mów sobie, że nic nie zrobiłaś. Jasne, że zrobiłaś.

3. Jeśli mogę coś wyrzucić z głowy, to to wyrzucam
Moja głowa świetnie radzi sobie z wymyślaniem rzeczy i projektów. Ale poza tym nie utrzymam w niej kompletnie nic. Znajomi już się ze mnie na tym punkcie nabijają. Tyle że śmiech się kończy, kiedy nosisz w głowie tyle spraw, że robisz się jak przepełniony magazyn, który tylko przysparza ci zmartwień.
Dlatego staram się nie trzymać w głowie takich rzeczy jak:
- muszę napisać do księgowej
- kupić pieluchy
- odpisać na maila
- odpowiedzieć tamtej osobie
- zapisać dziecko do dentysty
- dokończyć prezentację
- przedłużyć abonament parkingowy
- i na pewno o czymś jeszcze zapomniałam…
Jak tylko jakieś zadanie pojawi mi się w głowie, zapisuję je tam, gdzie jego miejsce – zadania długoterminowe, codzienne i te na ASAP.
- Do kalendarza, notatek albo listy zadań. Otwartych kart w komputerze mam wystarczająco dużo. Nie potrzebuję kolejnych siedemnastu w głowie.
I tę samą zasadę stosuję przy problemach.
Kiedy coś mnie stresuje, staram się to nazwać: czy mogę teraz coś z tym zrobić? Jeśli tak, robię pierwszy krok. Jeśli nie, staram się nie przewijać w kółko tego samego problemu, bo kolejna runda rozmyślania zwykle i tak nie przynosi żadnej nowej informacji.
4. Nie każda wolna minuta musi być wykorzystana
To moim zdaniem prawdziwa choroba dzisiejszych czasów.
- Masz dziesięć minut? Szybko odpisać na maile.
- Jedziesz tramwajem? Włączyć podcast!
- Gotujesz? Chociaż jakiś edukacyjny filmik.
- Dziecko śpi? RANY, SZYBKO BĄDŹ PRODUKTYWNA.
A potem dziwimy się, czemu nasz mózg od rana do wieczora jest kompletnie przeładowany.
Ja zaczęłam świadomie zostawiać sobie niektóre chwile puste. Wychodzę na spacer i nie muszę mieć w uszach podcastu. Siedzę w aucie i nie muszę do nikogo dzwonić. Piję kawę i nie muszę przy tym jednocześnie przeglądać Instagrama.
Czasem po prostu… jestem. Nie mówię, że zawsze mi to wychodzi. Jasne, że czasem też pięć minut bezmyślnie scrolluję, a potem nie wiem, po co w ogóle sięgnęłam po telefon. Ale uczę się, że nuda to nie usterka, którą trzeba od razu naprawić.

6. Bardzo pilnuję, z kim spędzam czas
Może brzmi to banalnie, ale moim zdaniem strasznie nie doceniamy tego, jak czujemy się po spotkaniu z niektórymi ludźmi.
Są ludzie, z którymi spędzasz trzy godziny i wychodzisz naładowana energią. A są tacy, po wizycie których potrzebujesz dwóch dni regeneracji albo po prostu czujesz się jakoś gorzej. Mniej wartościowa, głupio albo po prostu byle jak.
Nie mam na myśli, że mamy wykreślić z życia każdego, kto kiedykolwiek powiedział nam coś nieprzyjemnego. Uważam raczej, że warto zwracać uwagę na to, przy kim możesz normalnie być sobą.
Z kim się śmiejesz. Komu możesz powiedzieć, że masz tego wszystkiego za dużo. Kto z każdego problemu nie robi zawodów. Kto szczerze się cieszy, kiedy coś ci się uda. A przede wszystkim komu nie musisz bez przerwy udowadniać, że jesteś coś warta.
Dbanie o psychikę to bowiem moim zdaniem nie tylko to, co robimy sami ze sobą. Ogromną część stanowi też otoczenie, które sobie tworzymy.
7. Robię sobie małe przyjemności specjalnie
Myślę, że trochę przyzwyczailiśmy się czekać w życiu na duże rzeczy: urlop, nowe mieszkanie, awans, wielką wycieczkę, wakacje, urodziny.
Tyle że między jednym urlopem a drugim jest zwykle kilkaset zupełnie normalnych dni. A ja nie chcę ich po prostu jakoś przetrwać.
Więc tak, jestem wielką zwolenniczką zupełnie zwyczajnych, małych przyjemności. Kupić sobie dobrego croissanta. Wrócić do domu inną drogą. Usiąść na kawę na dworze. Zadzwonić do koleżanki. Włączyć set DJ-a, którego uwielbiasz. Zrobić sobie ładne śniadanie nawet w środę. Wyjść z dzieckiem i zamiast w telefon popatrzeć przez chwilę, jak odkrywa świat.
Żadna z tych rzeczy oczywiście nie rozwiąże wielkich życiowych problemów. Ale nie wszystko, co poprawia życie, musi rozwiązywać wielki życiowy problem.
8. A przede wszystkim: nie chcę uprawiać psychohigieny idealnie
Gdybym na koniec tego artykułu napisała ci, że codziennie rano medytuję, śpię osiem godzin, wieczorem nie ruszam telefonu, zawsze idealnie oddzielam pracę od rodziny i codziennie mam dwadzieścia minut tylko dla siebie…
…to ładnie bym cię okłamała.
Są tygodnie, kiedy moje własne zasady działają świetnie. A potem przychodzi chore dziecko, mnóstwo pracy, nieprzespana noc albo po prostu życie – i wszystko wygląda inaczej.
Dlatego moim celem nie jest stworzenie sobie idealnie zbalansowanego życia. Coś takiego moim zdaniem w ogóle nie istnieje.
Celem jest umieć rozpoznać u siebie moment, kiedy zaczyna być tego za dużo, i mieć kilka rzeczy, do których mogę wtedy wracać.
Komuś pomoże bieganie. Komuś spacer. Komuś kawa z koleżanką. Komuś dziesięć minut absolutnej ciszy. Komuś terapeuta. A komuś dzień, kiedy po prostu wszystko odpuszcza i leży w piżamie na kanapie.
Przede wszystkim nie rób ze swojej psychohigieny kolejnej rubryki do odhaczenia każdego dnia. Ma ci ona ułatwiać życie, a nie dawać kolejny powód, żeby czuć, że czegoś nie robisz wystarczająco dobrze.
I może na sam koniec poleciłabym jedną rzecz: nie czekaj, aż będziesz kompletnie wykończona, żeby pozwolić sobie na odpoczynek.
Tak jak nie musimy czekać na chorobę, żeby zacząć dbać o ciało, nie musimy też czekać na moment, w którym głowa powie nam ostateczne stop.
Możesz zacząć spokojnie już dziś. Choćby tą kawą na słońcu. To chyba się da, prawda?
Autorka: Andy Voříšková
- Założycielka programu online dla kobiet w ciąży i mam po porodzie, który obejmuje ćwiczenia oraz kompleksowe przygotowanie do porodu i opieki nad niemowlęciem.
- Jest też autorką programu treningowego online, książki „Pierwsza i ostatnia książka o fitnessie” oraz współautorką planera FITFAB.
- Napisała także rozdział w czeskiej książce kulinarnej „Kalorické Tabulky – nejlepší recepty”.
- Zawodowo na co dzień zajmuje się prawem.
Foto: archiwum Autorki
dine4fit.pl
Redakcja
www.dine4fit.pl
20.8.2026
dine4fit.pl
Ciekawe, Różne